Z CYKLU – KOCOPOŁY KREATYWNEJ GŁOWY!

Rubryka dedykowana osobom, które mają talent pisarski, ale z powodu nieśmiałości (lub też z innych powodów) piszą swoje teksty do przysłowiowej szuflady.
Odważ się i prześlij teksty do redakcji! Gwarantujemy anonimowość!

***

Ruch wydawał się zwyczajny.
Chwila zmieniła wszystko.
Oddech przyspieszył nagle.
Oczy szukały czegoś, co znikło.

Cisza po hałasie była ciężka.
Powietrze w pokoju nie ruszało się.
Każdy dźwięk przybliżał wspomnienie.

Chodzisz po tych samych ulicach.
Patrzysz na te same światła.
Serce drżało przy każdym ruchu.

Niektóre dni wydają się za długie.
Powoli uczysz się ufać światu.
Powoli uczysz się oddychać.

Świat nie jest taki sam.
Ale czasami pozwala poczuć spokój.
Czasami słońce wpada przez okno.
I oddech staje się wolny.

Czasami wystarczy jeden krok.
Powoli wracasz do życia.

***
Coś szybko przemknęło
— ledwie cień, ledwie obietnica,
a jednak to ujrzała.

Wyglądało jak wiosna,
jakby uśmiechała się do niej z daleka.

Czy to już?
Czy to teraz?

Jeszcze moment
— niech śnieg stopnieje do końca,
niech ziemia odetchnie spod bieli.

Ptaszki wróciły za wcześnie,
za bardzo uwierzyły w ciepło.
A co, jeśli zmarzną?

Przecież drzewa jeszcze nie puściły pąków,
one wiedzą więcej,
one się nie spieszą.
Mają czas.

Ptaki lecą nad nią,
skrzydła tną chłodne powietrze.
Patrzy na nie długo,
z nadzieją i lękiem splecionymi razem.

Krzyczy w myślach:
wracajcie do ciepłych krajów,
jeszcze nie teraz.

Gdyby mogła, sama by uciekła.
Tam, gdzie słońce oświeca blaskiem nie do
zniesienia,
gdzie dni nie wahają się między tak a nie.

Albo nie —
niekoniecznie tam,
gdzie morze i piękna plaża.

Może po prostu tam,
gdzie serce nie drży na myśl o jutrze,
gdzie nic nie wraca za wcześnie
i nic nie boi się,
że przyszło za późno.

Stoi więc jeszcze chwilę.
Między zimą a wiosną.
Między ucieczką a nadzieją.
I czeka.

***
To nie było szczęście
jak z filmów
ani takie, o którym piszą piosenki.
Bez wielkich słów,
bez planu na całe życie.

Przyszło między jednym oddechem
a drugim,
w środku zwykłego dnia,
który niczego nie obiecywał.

Obudziłam się trochę za wcześnie.
Telefon leżał obok
i przez chwilę był cicho.

Świat nie pytał,
kim będę za rok,
czy podejmuję dobre decyzje.

Słońce weszło do pokoju
bez zaproszenia,
usiadło na ścianie,
na podłodze,
na moich dłoniach.

Byłam niewyspana,
trochę zagubiona,
ale dziwnie spokojna.

I właśnie wtedy
poczułam radość.
Cichą,
taką, która nie krzyczy
i nie obiecuje, że zostanie na zawsze.

Było pięknie,
bo było prawdziwie.
Kawa smakowała zwyczajnie,
śmiech był trochę nieporadny.

Ale nie był przeciwko mnie.

I to wystarczyło,
żeby oddychać głębiej
i pomyśleć,
że życie —
nawet zwykłe —
potrafi być dobre.

Martyna Chojnacka
Przewijanie do góry