WESELE…ALE WSPÓŁCZEŚNIE I SKRÓTOWO

kocopoly

Ryzykowna metoda przyswajania wiedzy o lekturach dla opornych

Zostałem zaproszony na wesele Pary Młodej gdzieś w Bronowicach. Moja znajomość geografii za tamtych czasów była znikoma, ale zachowajcie to w tajemnicy. Nie miałem pojęcia, gdzie znajduje się taka wieś. A może miasto? Sam pierwszy raz słyszałem o takiej nazwie. Dopiero po zapytaniu przypadkowego przechodnia na ulicach Krakowa otrzymałem informacje o adresie i kierunku, w którym mam się udać. Bardzo mu za to dziękuję, gdyby nie on, prawdopodobnie bym nie napisał niniejszego tekstu. W drodze, jadąc pociągiem, napotkałem dość dużą ilość osób wybierających się na owe wesele. Były osoby ubrane w różne drogie garnitury albo w to, co pierwsze było w szafie. Natomiast sam ubrałem się, com tam miał (tak jak Chochoł). Z jednej z rozmów dowiedziałem się, że ślub bierze inteligentny mieszkaniec Krakowa z prostą chłopką. Dlaczego akurat z nią? Po co? Kto wie, miłość zawsze była dla mnie dziwna.

Po dotarciu na miejsce imprezy i znalezieniu sobie kącika z dala od tych wszystkich nieznajomych, ale jakże kolorowych ludzi, wsłuchiwałem się w rozmowy gości wesela. Słyszałem mnóstwo chaotycznych rozmów, niektóre na temat ślubu, inne zaś totalnie z nim niezwiązane. Pierwszą rozmowę, jaką zapamiętałem, to dość nerwowa pogawędka chłopa Czepca z Dziennikarzem. Jak on tu się znalazł? Pewnie brak pomysłu na tematy do gazet lub wykładów, przecież trzeba na czymś zarabiać. Rozmawiali oni o Chinach i ich położeniu.
Ja tam wiem, że są w Azji i to mi wystarczy całkowicie. Następne rozmowy to były Poety z dziewczynami. Padały wielkie słowa, jak strzała amora czy samotny rycerz. Gadanina poetycka tylko po to, by zabić czas. Nie miałem najmniejszej ochoty zagłębiać się w szczegóły.

Posiedziałem w samotności, patrząc jak ludzie tańczą i krzyczą z radości, dopóki nie wybuchła kłótnia (jak na każdym weselu). Czepiec miał u Żyda dług za butelkę wysokoprocentowego napoju. Żeby o takie rzeczy się wadzić, to żenada! Nie byłoby nic ciekawego, gdyby do kłótni nie wtrącił się Ksiądz. Jak nie wrzasnął, jak nie trzasnął. Ksiądz to sprytny gagatek, po jednej i po drugiej stronie stoi. Potem znów tańce, hulanki, swawola. Zamieniłem tylko parę słów z Panem Młodym, gdyż był zajęty przymilaniem się do swojej ukochanej. Deklarował, jak bardzo ją kocha i tym podobne ecie-pecie. Szkoda nawet marnować kartki na takie bzdury. Z imprezy wyszedłem tak dziesięć minut przed przyjazdem ostatniego pociągu do mojego miejsca zamieszkania. Mógłbym zostać dłużej, ale dziewięćdziesiąt procent ludzi na tej imprezie było już ledwo żywych lub myślących po spożyciu dużej ilości alkoholu. Na dodatek niektórzy z nich zaczęli widzieć duchy błaznów lub rycerzy. Co mogę powiedzieć? Momentami było strasznie! Siedząc w pociągu, pomyślałem, że warto przenieść na papier to, co wydarzyło realnie i nierealnie w bronowickie chacie.

Dawid Halek
Przewijanie do góry