Z CYKLU — KOCOPOŁY KREATYWNEJ GŁOWY!

Rubryka dedykowana osobom, które mają talent pisarski, ale z powodu nieśmiałości (lub też z innych powodów) piszą swoje teksty do przysłowiowej szuflady.
Odważ się i prześlij teksty do redakcji! Gwarantujemy anonimowość!

Część I

          Chociaż quińscy rycerze świętowali wielkie zwycięstwo nad Nikitą, w powietrzu unosił się niepokój. Ogień w kominku tańczył niespokojnie, jakby chciał ostrzec ich przed czymś totalnie nieuchronnym i zatrważającym.
          Gierkow siedział w milczeniu, patrząc w migoczący płomień, gdy nagle karczmę przeszył dźwięk inny niż wszystkie. Głęboki, pusty, jakby sam świat zachwiał się w posadach.

          To nie był róg! To był dzwon!
Dzwon Przeznaczenia, starożytny artefakt Quinii, bijący jedynie wtedy, gdy los światów znajdował się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Rycerze poderwali się natychmiast, a cała karczma ucichła jak ucięta nożem. Zapanowała przejmująca i nienaturalna cisza…
Wyszli na zewnątrz. Nad górami i lasami unosiła się ogromna, świetlista smuga, która pękała jak stłuczone szkło. Przez szczeliny wydobywała się ciemność niczym dym wypełniony mrokiem. Najstarszy z rycerzy, ojciec Myr, wypowiedział drżącym głosem, że Yggdrasil, Drzewo Światów, zaczyna tracić swoją moc.
          Zwiadowcy przybiegli, zlani potem i przemarznięci. Przekazali niepomyślną wieść, że w Helheimie wrota rozpadły się z hukiem, a na piekielnym tronie zasiadł nowy władca. Stworzenie, narodzone z gniewu Nikity i dusz poległych pod Mut Tun, nazywało się Varak Zmierzchowy.
          Złowieszcze imię wstrząsnęło sercami wszystkich rycerzy. Varak był legendą starszą niż same księgi Quinii, cieniem, który miał powrócić tylko wtedy, gdy świat będzie bliski upadkowi. Gierkow uniósł swój miecz, który rozbłysnął jasnobłękitnym światłem tak intensywnym, że śnieg wokół nich zaiskrzył jak drobne gwiazdy.
          Gierkow wydał stanowczy rozkaz natychmiastowego wymarszu. Rycerze założyli swoje zbroje i ruszyli przez skute lodem polany, pękające ścieżki i zaśnieżone przepaście. Z każdym krokiem odczuwali narastający chłód, jakby zbliżali się do samego serca zimnego koszmaru. Nawet powietrze zdawało się cięższe. Światło natychmiast straciło swą moc.
          W końcu dotarli na kraniec rozstępującego się świata. Przed nimi rozpościerała się ogromna wyrwa między krainami. Z jej środka powoli wynurzała się postać wysoka jak wierzchołek bramy Quinii. Była cała spowita w fioletowy mrok, z oczami przypominającymi dwie płonące komety.
          Varak Zmierzchowy przemówił głosem tak zimnym, że nawet wiatr przestał wiać. Oznajmił, że jest absolutnym zwiastunem końca wszystkich światów. Zaś rycerze Quinii są ostatnią iskierką w ciemności, która zgaśnie na zawsze.
          Gierkow odpowiedział bez chwili wahania, że światła Quinii nie zgasi nawet najgłębszy mrok i dopóki żyje choć jeden rycerz, Yggdrasil przetrwa na wieki.
          Varak roześmiał się tak głośno i przeraźliwie, że z pobliskich drzew posypał się lód. Następnie uniósł swoje ramię, a z mroku wystrzeliła fala potężnej energii. Uderzyła z wielkim hukiem w ziemię, rzucając wielu rycerzy na kolana. Mimo to ci, którzy zdołali powstać, chwycili mocniej miecze i rzucili się w stronę wroga.
          Tak rozpoczęła się bitwa o Korzeń Yggdrasilu. Światło mieczy Gierkowa i jego rycerzy rozcinało mrok jak błękitne błyskawice, lecz Varak odpowiadał falami cienia, które błyskawicznie pożerały otaczającą rzeczywistość.
          Rycerze wiedzieli, że ta walka będzie większa niż starcie z Nikitą i trudniejsza niż bitwa pod Mut Tun. Wiedzieli też, że jeśli zawiodą Quinię, to cała egzystencja przestanie istnieć…

P. G.
Przewijanie do góry